Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zamiast inwestować, Mielec zwalniał pracowników

Treść

Z prezesem Agencji Rozwoju Przemysłu Pawłem Brzezickim rozmawia Paweł Tunia Prokuratura w Tarnobrzegu postanowiła wszcząć postępowanie w celu wyjaśnienia, czy przy sprzedaży zakładów PZL Mielec amerykańskiej firmie Sikorsky nie doszło do zaniżenia ceny transakcji. Są także opinie, że sprzedaż była w ogóle niepotrzebna... - Śledztwo ma być wielowątkowe. To dobrze. Przemysł lotniczy w Mielcu ma bogatą historię, dwa razy zakłady lotnicze upadały, okradziono je, być może ktoś jeszcze siedzi w więzieniu. W 1990 r. pracowało tam 23 tys. ludzi, a dzisiaj - 1,5 tysiąca. Obecny zarząd ARP - pozostający pod moim kierunkiem od czerwca ub.r. - zastał spółkę w sytuacji katastrofalnej. Jako jej właściciel państwowy mieliśmy jedyne wyjście w postaci sprzedaży spółki z tego względu, że nie ma możliwości pomocy przedsiębiorstwu bez pytania o zgodę Komisji Europejskiej. Taką sytuację mamy od 2004 roku. Cała procedura pytania KE o pomoc trwa dziewięć, a czasami dwanaście miesięcy, jeśli oczywiście firma w tym czasie nie upadnie. Poza tym jednym z warunków udzielenia pomocy jest zazwyczaj trwałe obcięcie zdolności produkcyjnej. Taka pomoc może więc zapewnić tylko przetrwanie firmy i ewentualne przekwalifikowanie zwolnionych ludzi. Wynika to z podpisanego traktatu z UE. Firmy produkujące towary wysoko przetworzone, np. samoloty, wymagają inwestycji w wysokości miliardów dolarów ponoszonych przez lata. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że ARP podejmuje z KE równorzędną walkę przez 10 lat, żeby wspierać jakąś firmę, dofinansowując ją. Ponadto aby firma mogła funkcjonować na rynku, musi mieć produkt na tym rynku znany, muszą być klienci itd. Firma Mielec takich produktów nie posiadała. Bo nie jest nim skytruck, którego konstrukcja oparta jest na pochodzącym jeszcze z czasów sowieckich An-28, której dalszy rozwój wymagałby olbrzymich nakładów finansowych. Na rynkach zagranicznych sprzedaż tego samolotu okazywała się nieskuteczna i spółka nie dysponowała absolutnie żadnym pewnym kontraktem. A w Polsce? - Rynek polski również nie mógł stanowić oparcia - ilu mamy klientów na naszym rynku, którzy są w stanie kupić ten samolot? W Polsce jedynym nabywcą było Ministerstwo Obrony Narodowej, ale z tego, co jest mi wiadomo, potrzeby MON zostały już zaspokojone, ponieważ na chwilę obecną plany zakupowe resortu prawdopodobnie nie przewidują na najbliższe lata nabycia skytrucków. Oczywiście gdyby PZL Mielec miał podpisany wieloletni kontrakt z MON, to prawdopodobnie nie sprzedawalibyśmy tych zakładów. Jednak żadnego kontraktu ani polskiego, ani zagranicznego nie było. W związku z tym firma była bez produktu przyszłościowego, ponieważ nie jest nim także przestarzały dromader. To produkt sprzed 30 lat. W czasach, kiedy inne firmy lotnicze na świecie inwestowały, Mielec zwalniał pracowników. Panie Prezesie, jak przebiegały negocjacje dotyczące sprzedaży mieleckich zakładów? Skąd wzięły się te dodatkowe pieniądze, około 16 mln zł, o które rzekomo miała zostać zaniżona cena sprzedaży? - W październiku ub.r. otrzymaliśmy pismo od zarządu z Mielca, że w następnym miesiącu nie będzie pensji. Skytrucki były budowane w ramach wspólnych przedsięwzięć ARP i PZL Mielec, w przeważającej części finansowanych ze środków własnych ARP. Intencją tych przedsięwzięć było utrzymanie produkcji w PZL Mielec w oczekiwaniu na znalezienie przyszłych nabywców zagranicznych bądź krajowych tych samolotów. Agencja nie mogła przecież robić tego na dłuższą metę. Nie byliśmy w stanie pomagać tej fabryce w nieskończoność, nie w takim celu Agencja została przecież powołana. Spółka, aby się rozwijać, powinna dysponować przyszłościowym produktem finalnym, a stworzenie następcy skytrucka to nakłady rzędu 300 mln USD. Nikt takich pieniędzy nie wyłoży. Dlatego przyjęliśmy za dobrą monetę ofertę firmy Sikorsky. Amerykanie zapewniali, że fabryka będzie produkować śmigłowce. Nie tylko jego części, ale w krótkim czasie cały gotowy produkt. Dali też gwarancje zatrudnienia i tzw. pakiet socjalny wartości 30 mln złotych. W grudniu ub.r. podpisaliśmy umowę, a ona jest nieodwołalna. I nie można było się z niej wycofać. Kontrahent miał dwa miesiące na załatwienie wszystkich formalności, bo w sprawie sprzedaży musiały wypowiedzieć się jeszcze Urząd Antymonopolowy, MSWiA, Urząd Lotnictwa Cywilnego itd. Co w tym czasie działo się w fabryce? - Oni wiedzieli, że umowa jest podpisana i muszą przeżyć dwa miesiące do czasu, gdy pojawi się nowy właściciel, który będzie płacił pensje itd. Firmie udało się w tym czasie sprzedać trzy samoloty do MON, które zbudowane już niemal w całości stały na składzie i właśnie ze względu na stan zaawansowania wpłata zgodna z procedurami MON była znacząca. Pojawiła się gotówka w kasie. W tym czasie firma, cały czas obawiając się o swoją sytuację ekonomiczną i chcąc "dożyć" do prywatyzacji - w okresie przejściowym - wyhamowała uprzednio planowaną produkcję, tzn. zrezygnowano z części zakupów, niektóre zakupy zostały przesunięte na późniejszy termin, jak również poczyniono znaczące oszczędności w firmie (np. na ogrzewaniu, ponieważ zima była bardzo łagodna). Ponadto trudno było określić priorytety przed zamknięciem transakcji. Dlatego firma nie robiła zakupów inwestycyjnych, a więc znowu była gotówka. W sumie pojawiło się 16 mln złotych. Zapytaliśmy wówczas tych, którzy wyceniali firmę w Mielcu, czy na moment podpisania umowy sprzedaży nie zmieniła ona swojej wartości w stosunku do sporządzonej wyceny na dzień 30 czerwca 2006 roku. Odpowiedzieli, że sytuacja finansowa firmy uległa poprawie, ale wartość firmy się nie zmieniła, spółka w dalszym ciągu zagrożona jest upadłością, w ciągu tych dwóch miesięcy nie podpisano przecież żadnych kontraktów. A czy w tej sytuacji rozważane było odstąpienie od umowy? - Zapytaliśmy prawnika, czy możemy się z tej umowy wycofać, ale otrzymaliśmy odpowiedź, że nie, ponieważ pojawi się wówczas roszczenie, przymusowe przejęcie spółki i kara. Wtedy zwróciliśmy się do Sikorsky'ego i chcieliśmy renegocjować cenę sprzedaży. Jednak oni powiedzieli, że się nie zgadzają i oświadczyli, że w każdej chwili mogą przenieść tę inwestycję do Czech lub Turcji. Jednocześnie zdawaliśmy sobie sprawę, że posiadane niespodzianie przez PZL Mielec środki mogłyby pozwolić firmie przeżyć dwa lub trzy miesiące, odwlekając jedynie pewną upadłość. W ciągu ostatnich dwóch tygodni udało nam się jeszcze uzyskać dodatkowe zobowiązanie od Sikorsky'ego, że spłaci natychmiast zadłużenie zakładów mieleckich wobec ARP - 36 mln zł, które miały być pierwotnie spłacane w terminach przewidywanych w dotychczasowych umowach, tzn. w ciągu 1,5 roku. Wynegocjowano również odstąpienie od rachunku, na którym miało być zdeponowane 9,9 mln zł z przeznaczeniem na pokrycie ewentualnych roszczeń wobec fabryki. Tak zakończyła się ta sprzedaż. Sikorsky, który jest obecny w PZL Mielec od około dwóch miesięcy, zakupił już maszyny wysokiej technologii, rozpoczął remonty, dał podwyżki, wypłacił premie prywatyzacyjne, pracownicy są spokojni o swoją przyszłość. Transakcja analizowana była z każdego punktu widzenia. Dziękuję za rozmowę. "Nasz Dziennik" 2007-06-08

Autor: wa